Thursday, March 29, 2007
Tuesday, March 20, 2007
Kambodza w weekend, tzn. w week, za to Phnom Penh w 24 godzinyCambodia in one week, Phnom Penh in 24 hours
Highlights - czyli co kazdy turysta w Kambodzy zobaczyc powinien:
1. Angkor Wat o wschodzie slonca:
2. Ta Prohm Kel o zachodzie slonca (nie jest to wynik zabiegow genetycznych - po prostu kto z kim przestaje... ;)
a potem slonie odwoza wszystkich do domu ;)
Saturday, March 10, 2007
- dojechac pociagiem do Nong Khai
- wsiac w tuk tuka i dojechac do granicy
- wsiasc w taksowke i dojechac do Vientiane.
Nic dziwnego, ze Francuzi dodali "s" do oryginalnej nazwy "Lao"...
Vientiane
pozdrowienia ze stolicy Laosu - Vientiane, ktora wyglada jak Ustka w sezonie, lub alternatywnie bardzo male poludniowoamerykanskie miasteczko (Argentyna?/ Chile?) pelne wojennych emigrantow ;)
Wjezdzamy wiec sobie (prosze zwrocic uwage na widocznosc przez przednia szybe - prawie jak okienko strzelnicze;) do Vientiane, stolicy Laosu, a tam pelno kurzu, tuktukow, smrodu spalin, starych ciezarowek
(po dokladniejszej eksploracji pelno tam nowych terenowych toyot ;) i ogolnie atmosfera jaka znam z emigracyjnych ksiazek Choromanskiego lub ewentualnie szczyt sezonu na Helu ;) Mieszkamy w samym centrum, mamy wielki pokoj z widokiem na Mekong (za jedyne 6USD;), obecnie o bardzo niskim stanie wody, bo podobno pora jest sucha - widok jest prawie jak na Wisle ;)
Zreszta dzisiaj bylo wiecej polskich widokow po drodze ;) A dzisiaj udalysmy sie na spacer po miescie i od razu na poczatku dalysmy sie zwiesc slodkiemu Laotnczykowi do nadrzecznej knajpy na okropne kluski i jeszcze gorsze soki owocowe (Marta ostrzegala mnie juz wczesniej, ze dobre soki owocowe to nie oczywistosc, ale jakos nie moglam uwierzyc, ze mozna cos popsuc mielac owoce;) Szybko to jednak naprawilysmy pysznymi bagietkami i sajgonkami w wietnamskiej knajpce kawalek dalej :)(Dygresja: Wietnam podobno slynie z pysznego francuskiego pieczywa - nic dziwnego, skoro Francuzi panoszyli sie tam przez cale lata az do wojny wietnamskiej)
A potem spacer po miescie i wycieczka miejskim autobusem nr 14 do Buddha Park (28km od Vientiane). Ten autobus to w istocie taki busik, w ktorym ludzie tlocza sie jak sardynki w puszce. W tymze busie poznalysmy Evelyn z Belgii, ktora z krotka przerwa podrozuje juz po Azji okolo 14 miesiecy.
Niedaleko za miastem konczy sie asfalt i jedzie sie droga pelna dziur i kurzu. A park ow to maly trawnik upstrzony niezliczonymi betonowymi posagami Buddy oraz hiunduskich bogow- niekiedy bardzo duzymi posagami, do jednego z nich - w ksztalcie dyni - mozna bylo wejsc, pospacerowac po 3 poziomach, a z 'dachu' obejrzec caly park.
Park ten stworzyl w latach 50tych XXw. jakis gosc, ktory bardzo chcial przytulic wszystkie szkaradne wyobrazenia bogow. Zaprosil jakichs domoroslych artystow i oni w betonie, tak jak ludzie teraz w piasku lub lodzie, dziergali takie szkaradki ;) jest takze kopia Reclining Buddha - ale mniejsza.
W drodze powrotnej poprosilysmy kierowce, zeby wypuscil nas przy swiatyni Wat Sok Pa Luang slynacej z ziolowych kapieli parowych i masazy. Przemili lysi, mlodzi mnisi w pomaranczowych szatach (kreci sie ich po Tajlandii i Laosie cale mnostwo. Nastepna dygresja: w kregu religii buddystycznej niemal kazdy mezczyzna w jakims okresie swego zycia zostaje mnichem na krocej lub dluzej) wskazali nam droge w las, a tam stala drewniana chatka (na koguciej nozce?), w ktorej rozbawione towarzystwo swiadczy uslugi nie mniej rozbawionej klienteli... Atmosfera zupelnie nie swiatynna (apropos: w Bangkoku w swiatyni umierajacego Buddy tez jest slynna szkola masazu!) i nawet nieco zbyt swobodna, a juz na pewno nie sprzyjajaca odprezeniu i relaksowi, za to masaz niezwykle przyjemny.... Jako jedyna nie wyrazilam stanowczego zadania, zeby masowala mnie kobieta, dzieki czemu prawdopodobnie uniknelam sinakow jakie krzepkie masazystki wyrzadzily Marcie i Evelyn... ;) Najpierw dali nam chusty (sarong) i zabrali nasze rzeczy i potem tylko w tych sarongach siedzialysmy w takiej ziolowej saunie i stamtad juz prosto na stol masazysty i godzina blogiego leniuchowania... za jedyne 40 000 kipow (jest to rownowartosc mniej wiecej 4,5USD) ;)
Drugiego dnia w Vientiane udalo nam sie zobaczyc zlota swiatynie i betonowy luk triumfalny Patuxai, zanim o 14:00 wsiadlysmy w lokalny autobus do Vang Vieng. A w tym autobusie zabraklo chyba tylko kur i ptasiej grypy ;) poza tym bylo wszystko: mnostwo ludzi i jeszcze wiecej paczek (dygresja: historia o paczce w pociagu z Sungai Kolok do Hat Yai w Tajlandii - otoz poludniowy kraniec Tajlandii to wciaz scena walk religijnych i od czasu do czasu na dworcu, bazarze lub w pociagu zdarza sie bomba... A kiedy tamtedy jechalysmy mialo akuart miejsce jakies buddyjskie swieto i pojawily sie ostrzezenia o zamachach bombowych. No i wsiadamy sobie do pociagu, ja, Marta i jeszcze dwoje obcokrajowcow do pustego przedzialu. Zanim pociag odjechal weszla babka z dziewczynka, polozyly na polce paczke zawiazana sznurkiem, kazaly nam na nia uwazac i wyszly... na nas oczywiscie padl blady strach i od razu zaczepilysmy konduktora, policjantow i zolnierzy - wszystkie te grupy zawodowe sa silnie reprezentowane na tajskich dworcach - usilujac wytlumaczyc, ze to nie nasza paczka, a wlascicielka zostawila ja i wyszla. Ku naszemu zdumieniu wszystkie zaczepione osoby prezentowaly beztroske, a nawet pozwolily sobie na lekkomyslne przesuwanie podejrzanego pudelka. Godzine pozniej do pociagu wsiadla dziewczyna z kilkoma innymi paczkami i okazalo sie, ze ta paczka, z ktora jechalismy takze byla dla niej... ufff;) potem zauwazylysmy, ze przewozenie pudel bez opieki jest tu dosc powszechne ;) A wczoraj w autobusie nie bylo gdzie trzymac nog z powodu wielkiej liczby przewozonych paczek (dodam, ze autobus mial takze bagaznik na dachu, pelen paczek do wysokosci metra chyba ;)
Vang Vieng
Dzis rano bez budzika wstalysmy po 8, zjadlysmy okropne sniadanie w zachwalanej przez przewodnik Organic Farm Cafe (jest to kafejka, w ktorej wykorzystuja produkty znajdujacej sie niedaleko farmy ekologicznej, niestety sztandarowego produktu owej farmy, a mianowicie mulberry (nie wiem jak to jest po polsku, ani nawet o jaka jagode chodzi, bo w koncu tego nie mieli) w ofercie nie bylo.
A potem pojechalysmy na rowerach do jaskini, ktora sie chyba nazywa Pou Kham albo jakos tak (6km). Po drodze zaczepialy nas male dzieci proszac o dlugopisy, inne chcialy zeby je wozic na bagazniku (chyba specjalnie po to wyposazonym w miekkie siedzenie), a jeszcze inne pakowaly swoje brudne raczki do koszyka na kierownicy i chcialy nam zabrac wode, przewodnik, mape, itp.
Przed jaskinia oczywiscie oplata, zaraz za nia kapielisko, a potem juz wspinaczka do jaskini. Ciekawa jestem na co oni biora te pieniadze za wstep, bo juz podejscie do jaskini grozi skreceniem karku i powolna smiercia po upadku na ostre skaly, a w jaskini (ktora robi wielkie wrazenie) jest ciemno i wszedzie czyhaja glebokie szczeliny. Niemniej zarowno miesjcowi jak i wiekszosc turystow (w tym Marta) wybiera sie tam w klapakach, co znakomicie zwieksza szanse utraty zycia.
Apropos: po lewostronnym ruchu w Singapurze, Malezji i Tajlandii, w Laosie powrocil ruch prawostronny, dzieki czemu szansa, ze zgine wstepujac beztrosko pod nadjezdzajace auto (jak to niestety mialo wielokrotnie miejsce, bowiem patrzylam nie tam, gdzie potrzeba), zmalala niemal do zera;)
Przed jaskinia mali laotanscy chlopcy proponuja swoje uslugi w charakterze przewodnikow po jaskini - bez latarek i takze w klapkach, w ktorych jak malpy skacza po skalach... Po powrocie z jaskini pora na slynny Tubing - czyli splyw na napompowanej starej oponie. Tuk tuk zawiozl nas 3km za miasto i zostawil nad rzeka, w miejscu ktore zywo przypomina Jastarnie lub Ustke w szczycie sezonu - napakowani chlopcy i rozneglizowane dziewczyny (turysci) promenuja po waskich sciezkach, opieraja sie o bar, skacza na takiej hustawce-bungee do wody, pija piwo, pala skrety (tym tlumacze sobie obfitosc znakow apelujacych o nie palenie ziol, marihuany itp. w danym miejscu) przy baaaardzo glosnej muzyce z kilku knajp naraz ;)
zjadlysmy tam lunch (ja bagietke z salami i 3 frytki - tyle ich bylo;) a Marta spring rolls, czyli takie male sajgonki;) A potem wlazlysmy z naszymi oponami do wody. Zastanawialysmy sie dlaczego przebycie tego 3km odcinka oceniane jest na 2h30min, skoro to tak blisko - teraz wiemy: prad jest tylko w niektorych miejscach, a poza tym trzeba duuuuzo wioslowac rekami... ledwo zdazylysmy - juz po 18 - oddac nasze opony w wypozyczalni... Najwieksza atrakcja w calym tym splywie jest fakt, ze po drodze istnieja rozliczne knajpy oraz 'prywatni' sprzedawcy laotanskiego piwa (Beer Lao), ktorzy specjalnymi patykami sciagaja splywajacych turystow i sprzedaja im piwo, drinki lub narkotyki. Podroz taka moze trwac caly dzien (i osobe plynaca szlakiem knajp latwo rozpoznac po czerwonych oczach;);) zaleznie od tego ile razy po drodze czlowiek sie zatrzyma. My sie nie zatrzymalysmy ani razu, bo gdy ruszylysmy o 15:40, slonce zaraz sie schowalo za najblizsze gory i za przeproszeniem pupy moczace sie w wodzie zaczely nam marznac. Po 2 godzinach miasteczka nadal nie bylo widac, a my juz bylysmy fioletowe;) Upal, ktory tak nas meczyl podczas wycieczki rowerowej, znikl bez sladu. Kolo 18 udalo nam sie jednak dotrzec (czesciowo na piechote, bo rzeka byla miejscami zbyt plytka) do miejsca, skad wypozyczylysmy opony i wodoodporna torbe. a potem znow nalesniki z bananami, ryz z bawolem, prysznic, a teraz Marta pracuje nad strona ;) a wieczorem moze znow polezymy w pizzerii ;)
Luang Prabang (9-11.03.2007)
A my juz w Luang Prabang po meczacej podrozy (ogolne wrazenia z przejazdzki po Laosie: bardzo kiepska widocznosc, jakby powietrze bylo zanieczyszczone - prawdopodobnie ogromnym wypalaniem lasow i zarosli na zboczach gorach - ciekawe po co oni to robia? Dzisiaj w powietrzu caly dzien unosily sie jakies spalone paprochy, na poboczach panowie z karabinami...? goraaaacoooo) i niedogodnych przesiadkach - placimy ciezkie pieniadze za minibusa, a on nas zostawia na dworcu 6km od miasta, skad oczywiscie trzeba wziac tuk tuka za kolejne pieniadze, a ten z kolei podwozi nas na glowna ulice miasta, ale nie do hostelu, o ktory prosimy grrr i to samo bedzie z powrotem, bo nie udalo nam sie kupic biletu na samolot do Pakse (lata tylko 2 razy w tyg. i ten na poniedzialek jest juz caly wykupiony, a czwartek to dla nas zdecydowanie za pozno...) - najpierw na tutejszy dworzec, potem autobus do Vientiane tez na dworzec, stamtad tuk tuk do biura podrozy, bo autobus do Pakse rusza spod biura podrozy a nie z dworca - zeby bylo latwiej i wygodniej... No ale dosc marudzenia (no moze jeszcze tylko o moich plecach, z ktorych skora prawie calkiem zlazla, ale ta pod spodem tez jest czerwona i ogolnie swedzi mnie wszystko :(
Luang Prabang jest pieeeekne! Naprawde! Domy sa bardzo ladne, wiele jest odnowionych (pozostalosci francuskiej kolonizacji), a pokoje w hostelach z lazienkami i wygladaja jak hotelowe (maja tez 2-3 razy wyzsze ceny, niz te, w ktorych nocowalysmy dotychczas...)
Dzisiaj (10.03) leniuchowalysmy o poranku, a po poludniu wybieralysmy sie na zorganizowana wycieczke do wodospadu i wioski jakiegos tutejszego plemienia. Wycieczka beznadziejna, ale za to mili towarzysze - Justyna i Grzesiek z Sosnowca:)
No a jutro (11.03) od samego switu dluuuuga podroz (skonczy sie w poniedzialek kolo poludnia w Si Phan Don). Ale teraz juz przesadzone - na pewno wezmiemy samolot z Hanoi do... no wlasnie: dokad?
Friday, March 09, 2007
One night in Bangkok (4-5.03.2007)
istotnie byla do wycieczka biegiem: w niedziele, jak tylko zainstalowalysmy sie w hostelu, pojechalysmy autobusem miejskim na stadion zobaczyc thai boxing - niestety cena najtanszych biletow - 1000 bhat, czyli ok. 100pln - skutecznie zniechecila nas do obejrzenia 6 godzin mordobicia ;) A pomysl wzial sie w ogole stad, ze Marta bedac swego czasu w Tajlandii na urlopie poszla na kurs thai boxingu...
Szybko jednak otarlysmy lzy (czy raczej pot) rozczarowania i z nie mniejszym entuzjazmem udalysmy sie na Chatuchak Market - cos w rodzaju warszawskiego stadionu 10lecia, ktory odbywa sie w weekendy od rana do 18:00 i mozna na nim kupic doslownie wszystko (wlacznie z zywym inwentarzem, choc dominuje odziez i gastronomia) - potem miejsce zwyklych handlarzy zajmuja "artysci" z oryginalnie nadrukowanymi t-shirtami, wyrobami rekodzielniczymi (ktorych obfitosc zalewa rowniez zwykly targ) itp. Zabawilysmy tam okolo 1,5h i wrocilysmy dwoma autobusami do starego miasta, gdzie mieszkalysmy.
Tam z kolei codziennie po poludniu ma miejsce bazar wzdluz ulic. Oczywiscie zadna wycieczka nie bylaby pelna bez specjalow miejscowej kuchni, i tak niedzielna przechadzke zaczelysmy od thai style fried noodles (smazony makaron na sposob chinski) i green curry (baaaaardzo ostre) od pani ze straganem i smoothie owocowego, ktore pan z wielka pieczolowitoscia przygotowywal chyba ze 20 minut (bylo pyszne, bananowo-mangowe) oraz mleka kokosowego prosto z kokosa.
W ogole w Bangkoku na kazdym rogu stoi wozek z robotem kuchennym i mozna zazyczyc sobie sok z wybranych owocow! pyszne!!! mozna tez kupic butelkowany na naszych oczach sok z mandarynek :) w ogole tak sie tam opilam sokow, ze od razu poczulam sie dowitaminizowana. I do tego wszystkie te rzeczy (owocowe) sa tanie - kubek smoothie (ok. 0,4l kosztuje ok. 2pln).
A wieczorem, po powrocie z wycieczki zakupowej jadlysmy w przyjemnej knajpce coconut chicken soup (zupa z kurczaka i mleka kokosowego - znow wsciekle ostra - Marta ma talent do wybierania potraw, od ktorych zieje sie ogniem - podobnie bylo z salatka z zielonej papai i pierozkami z sosem chili na targu) i tom yam prawn soup (tajska zupa z trawa cytrynowa i krewetkami) z ryzem i oczywiscie soki owocowe + 1 na 2 osoby miejscowe piwo (Cheng), ktorego jednak nie udalo nam sie zmeczyc ;)
Nastepny dzien, poniedzialek, zaczelysmy wczesnie rano, bo juz o 7 nie chcialo nam sie spac, co bylo o tyle dziwne, ze w niedziele do pozna aktualizowalysmy strone i spac poszlysmy kolo 1:00. Wstalysmy wiec wykorzystujac moment bezsennosci, poszlysmy na poczte (zamknieta, czynna od 10:00), wymienic pieniadze (na wieeelkie zakupy antycypujace paczke do PL;), na smoothies do powolnego, acz milego pana i bagietki do hostelu na przeciwko, gdzie Marta nocowala bedac wczesniej w Bangkoku.
Po sniadanku tramwajem-lodka poplynelysmy do Tha Tien, a stamtad krotki spacerek do Wat Pho - swiatyni buddyjskiej, w ktorej miesci sie Reclining Buddha (umierajacy Budda) - 46m dlugosci, 15m wysokosci, caly pokryty zlotem. Robi wrazenie! Nie mniejsze niz tlumy bosych turystow fotografujace Go z kazdej strony!;) Stamtad nastepny krotki spacer (w pocie czola, bo wszak to poludnie i 37 stopni w cieniu, jak oceniam) do Grand Palace - zespolu budynkow: swiatynie, palac krolewski, z ktorego krol sie wyprowadzil i budynki administarcyjne. Tam to dopiero mozna dostac oczoplasu!!! Mam nadzieje, ze zdjecia choc troche oddadza wrazenia, jakie staly sie tam moim udzialem! Wszystko blyszczy i zalewa feria barw - nie wiadomo na co patrzec najpierw! Szmaragdowy Budda - glowna "atrakcja" zespolu - ginie wsrod zlocen, kolorowych kamieni i szkiel oltarza i calej swiatyni!!!
Kolekcja monet, medali i regaliow krolewskich, ktora widzialysmy po drodze jest po prostu blada wobec tego, co mozna zobaczyc na zewnatrz!
No a potem juz tylko
- zakupy (kupilam nowy plecak wiec obecnie mam 3 plecaki i cale narecza gadzetow dla rodziny - na szczescie lekkich ;) Ciezkie sa glownie przewodniki i jakies rzeczy, ktore sprawiaja, ze duze plecaki waza po 20kg, a male po 10, a przeciez nic w nich nie ma! oprocz najpotrzebniejszych rzeczy ;)






